DZIŚ
Europejski Dzień Ofiar PrzestępstwDzień Myśli Braterskiej (obchodzony przez organizacje skautowe)
PODOBNE WIADOMOŚCI
- Sąsiedztwo w obiektywie » (20.02.2012)
- Internauci z Placu Wilsona » (13.02.2012)
- Biblioteka to więcej niż wypożyczalnia książek » (08.02.2012)
- Czas na film i bez dyskusji! » (06.02.2012)
- Tu znajdą swój dom » (03.02.2012)
- Mamy dla mam » (31.01.2012)
Wolę Pearl Jam niż Bono
Z końcem roku 2011 nakładem wydawnictwa Świat Książki ukazała się książka „Róbta co chceta, czyli z sercem jak na dłoni” opowiadająca o niemal dwudziestoletniej historii jednej z najbardziej rozpoznawalnych organizacji pozarządowych w naszym kraju – Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Z tej okazji spotkaliśmy się z Jurkiem Owsiakiem.
Waldemar Mazur: Za nami 20 lat koncertowania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ten okrągły jubileusz to zaledwie pretekst do wydania takiej książki czy może główny powód?
Jurek Owsiak: – Trudno, aby powstała ona w dwudziestą pierwszą czy dziewiętnastą rocznicę. Okrągły jubileusz był doskonałą okazją, by opublikować książkę, będącą kompendium wiedzy na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trochę przy okazji, ale odnotowujemy w niej również najważniejsze wydarzenia z najnowszej historii Polski, które były przecież tłem dla naszej działalności. Chcieliśmy w tej książce uchwycić proces powstawania czegoś naprawdę fenomenalnego w kraju, w którym ludzie lubią wszystko dyskredytować. My Polacy nie lubimy się chwalić tym co mamy, co osiągnęliśmy. Spójrzmy chociażby na marnowany przez lata dorobek Solidarności. Ta książka to nasz sprzeciw wobec takiej postawy.
Zadałem na początek takie pytanie, może trochę naiwne, gdyż chciałem zwrócić uwagę na coś jeszcze. Ta książka - z setkami osób wymienionymi w niej z imienia i nazwiska - miejscami zdaje się być wielkim laurem dziękczynnym dla tych wszystkich, których w dniu Finału WOŚP może nie widać, ale bez których Orkiestra nie miałaby prawa istnieć. Podejrzewam, że gdyby książkę wzbogacono o indeks nazwisk, byłaby spokojnie o jakieś 150 stron obszerniejsza.
– W pierwszej wersji ta książka miała ponad 150 stron więcej!, i to bez indeksu nazwisk. Niestety, wydawnictwo nie zgodziło się na wydanie tak pokaźnej gabarytowo pozycji. A osób, które przez lata nam pomagały, może i wymieniam tam sporo, ale to i tak nie wszyscy. Rozpoczynając składanie tej książki, jeszcze raz obejrzałem wszystkie Finały. Stąd też strasznie dużo jest tutaj anegdot, informacji na temat tego co nasza Fundacja robiła między jednym finałem a drugim. Nasza praca, o czym wiele osób nie wie, to nie tylko zakup sprzętu medycznego. Przez te dwie dekady odwiedziliśmy z pomocą humanitarną Albanię i Sri Lankę, powołaliśmy do życia Przystanek Woodstock, prowadzimy centrum wolontariatu i niezliczoną ilość szkoleń dotyczących pierwszej pomocy. Tak naprawdę każda z tych rzeczy, o których starałem się tu wspomnieć, to temat na przynajmniej osobny rozdział. Niestety, miejsca mieliśmy za mało. Swojego rozdziału dorobił się jedynie Pokojowy Patrol, bo przecież tylko w taki sposób mogłem wyjaśnić na czym jego działalność dokładnie polega.
Jednym z głównych bohaterów tej książki jest Telewizja Polska. W TVP, która przez długi czas była Twoim miejscem pracy, podczas realizacji programu „Róbta co chceta” narodził się pomysł organizacji pierwszego Finału WOŚP. Bez TVP Orkiestra nie mogłaby grać z takim rozmachem, przynajmniej nie w latach 90. Ale też to TVP właśnie, zwłaszcza w latach 2005 – 2007, mocno dała się waszej Fundacji we znaki. Trudny to partner do współpracy?
– Zdecydowanie.
Wyobrażasz sobie, powiedzmy za jakieś pięć lat, Finał WOŚP bez wsparcia jakiejkolwiek telewizji? Mamy w końcu XXI wiek, obserwujemy błyskawiczny rozwój mediów, zwłaszcza Internetu, który już w wielu miejscach wypiera telewizję.
– Powiem ci, że pierwszy raz w rozmowie ze mną ktoś zwraca na to uwagę. A to jest przecież szalenie ciekawa sprawa. Niestety, telewizja czy wielkie rozgłośnie radiowe, nie zdają sobie sprawy z tego, jaką potęga jest internet i że za moment to medium może wciągnąć ich nosem. My w sieci już jesteśmy za sprawą strony Owsiak.net.pl. Właśnie tam relacjonujemy praktycznie wszystko co dotyczy naszej Fundacji, począwszy od Przystanku Woodstock, gdzie pokazujemy występy wielkich kapel, które, o dziwo, nie budzą zainteresowania stacji telewizyjnych, po Finały WOŚP, nasze szkolenia, czy chociażby relacje ze spotkań promujących tę książkę.
Kiedy grał u nas Nigel Kennedy czy Leszek Możdżer, nazwiska mówiące same za siebie, nie znalazła się żadna telewizja, która byłaby zainteresowana darmową relacją z ich koncertów. Standardy w dużych telewizjach, komercyjnych czy publicznych, są bardzo dziwne. Telewizji publicznej od początku oferujemy przekaz naszych imprez za darmo, jak już jednak zauważyłeś, od 2005 roku zaczęły się pewne komplikacje.
Polityka wszechobecna w mediach publicznych mocno daje się wam we znaki?
– Tak. TVP jest bardzo upolityczniona i to na pewno jest jej największą bolączką. Kiedyś zarzucono nam, że z łaski TVP mamy możliwość realizacji Finałów w świetle telewizyjnych reflektorów. A ja temu przecież nigdy nie zaprzeczałem. Od pierwszego Finału TVP była dla nas wsparciem, Nina Terentiew dawała nam zielone światło na realizację nawet tych najbardziej zakręconych pomysłów. Potem ten układ zaczął szwankować. W zależności od tego która formacja polityczna rządziła, było nam łatwiej bądź trudniej, aż w końcu zaczęto ucinać nam czas antenowy i musieliśmy się wykłócać o liczbę wejść na antenę.
Kiedy zaczynaliśmy było prościej. Były tylko dwa kanały telewizji publicznej, nie było żadnej komercyjnej stacji, prywatne rozgłośnie radiowe raczkowały, Internetu niemal nie było, łatwość dotarcia do ludzi za sprawą telewizji była niesłychanie większa. Teraz w kablówce mamy po sto kanałów albo i więcej, lecz mimo tego, właśnie dwa lata temu Oglądalność Orkiesty była bardzo duża co oznacza że jest to nadal atrakcyjny program telewizyjny
Alternatywą na te polityczne humory TVP są prywatne telewizje.
– Tak, przyłączył się do nas TVN. Pamiętam w jaki sposób do tego doszło. Zaprosiliśmy do współpracy TVN, i gdy oni wykazali wstępne zainteresowanie, odwiedziliśmy ówczesnego Prezesa TVP - Andrzeja Urbańskiego. Musze przyznać, iż trochę go okłamaliśmy, mówiąc mu, że stacja TVN chciałaby relacjonować Finał razem z Telewizją Publiczną. Prezes Urbańsk, gdy to usłyszał, początkowo się najeżył, był niechętny, ale ostatecznie zgodził się na wstępne rozmowy. Udaliśmy się do siedziby TVN i powiedzieliśmy im dokładnie to samo, że TVP chciałaby wspólnie realizować z nimi Finał. Udało nam się zorganizować spotkanie na neutralnym gruncie u nas w Fundacji i ostatecznie wszystko się udało. Doprowadziliśmy do współpracy dwóch konkurencyjnych stacji telewizyjnych, co jest fenomenem na rynku mediów światowych.
Skoro jesteśmy przy temacie telewizji, wspomnijmy, że często musisz się tłumaczyć z tego, że właśnie z realizacji programów telewizyjnych się utrzymujesz. Nie pamiętam ile razy już czytałem wywiady z Tobą, w których zapewniałeś, że żadna złotówka zebrana podczas Finału nie zasila Twojego konta. Dwadzieścia lat pomagania dzieciakom i ich rodzinom, sprzęt medyczny kupiony za blisko 150 milionów dolarów, a Ty wciąż zapewniasz ludzi o swojej uczciwości. To nie irytuje?
– Początkowo byłem zaskoczony, że nieustannie muszę tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem. Po czasie zrozumiałem, że jestem już osobą publiczną i zacząłem traktować to jako rzecz normalną. W końcu ludzie nie muszą wiedzieć jakie są realia prowadzenia organizacji pozarządowej w Polsce, ile zarabiamy i skąd czerpiemy pieniądze na pensje dla naszych pracowników. Teraz dużo gorzej znoszę wszelkie oskarżenia, kiedy wymyślane są rzeczy wzięte z kosmosu, rzucane są zarzuty nie mające jakiegokolwiek pokrycia w rzeczywistości.
Porozmawiajmy o Przystanku Woodstock. Pamiętam ostatni Przystanek w Żarach, gdy ze sceny powiedziałeś, że Twoim marzeniem jest ściągnięcie na festiwal U2. Wtedy, niemal dekadę temu, należało to traktować jako czyste SF. Teraz, gdy na Woodstocku gościły zagraniczne gwiazdy, legenda heavy metalu Halloween, okupujące parę lat temu listy przebojów Guano Apes i Papa Roach, koncert takiej kapeli jak U2 nie wydaje się być aż tak nieosiągalny.
– Byli jeszcze Prodigy, nasze przyjemniaczki z Anglii (śmiech). A wracając do twojego pytania, myślę, że wszystko powoli przybliża nas do wielkich gwiazd. Inna sprawa, że boimy się, że obecność tak wielkiej kapeli jak U2, mogłaby doprowadzić do zadeptania Przystanku Woodstock. Jeśli przy okazji występu Prodigy przyjechały do nas z Niemiec tabuny ludzi zainteresowanych tylko tym koncertem, to strach pomyśleć, co by się działo, gdyby zagrał u nas Bono. Ich wielkość mogłaby zepchnąć na drugi plan wszystkie inne wydarzenia, jakie na Przystanku mają miejsce, a które są w tym Festiwalu najważniejsze. Mnie się marzy występ Pearl Jam, kapeli idealnie pasująca do klimatu woodstockowego. A Bono, no cóż, myślę, że byłby idealnym gościem Akademii Sztuk Przepięknych, która odbywa się przy okazji Przystanku. To świetny człowiek do zabrania głosu w takim miejscu, podjęcia żywej dyskusji z polską młodzieżą.
Wspomniałeś Prodigy. Trudno nie zapytać o aferę z barierkami, jaka miała miejsca podczas ostatniego Przystanku.
– W ogólnym rozrachunku, to chłopaki z Prodigy zrobili nam naprawdę wielką przysługę grając u nas. Wszystko już sobie wyjaśniliśmy, a po tej wielkiej zawierusze z barierkami, jak przy okazji ich koncertu wyniknęła, odezwały się do nas managementy z całego świata. Pojawiły się propozycję występu wielkich artystów, dla których możliwość zagrania przed tak ogromną publicznością, a na ubiegłorocznym Woodstocku było 700 tys. osób, jest naprawdę kusząca.
Ale na początku było ciężko. Od roku należymy do organizacji YOUROPE, zrzeszającej organizatorów największych europejskich festiwali. Członkostwo tam jest płatne, ale bardzo wiele nam daje, pozwala wymienić się doświadczeniem przy organizacji tak wielkich imprez. Od razu po Przystanku dostaliśmy od nich sporo cierpkich słów, że nie zorganizowaliśmy na koncercie Prodigy barierek. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że pierwszy odzew muzyków po koncercie był tragiczny. Donosili, że prawie zginęli, niemal zostali ranni, etc. Te relacje były w naprawdę mocno złym stylu. Co więcej, list z taką relacją ich koncertu rozesłali po wszystkich znanych im managementach na całym świecie. Naszym zdaniem profesjonaliści, bez dokładnego wyjaśnienia w czym rzecz, nie powinni takich rzeczy robić.
W styczniu tuż po finale byliśmy na spotkaniu YOUROPE w Holandii gdzie poświęcony nam był specjalny panel w tej sprawie. Odnieśliśmy sukces ponieważ mieliśmy okazję przedstawić całą ideę Orkiestry, ideę Przystanku Woodstock i dokładnie pokazać jak jest on zorganizowany. Nie namawiamy do nie stosowania barierek ale pokazaliśmy że nasz festiwal będący wyjątkiem od innych bez tych barierek może się obyć. Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci przez branżę festiwalową. To wszystko.
Ustąpicie w kwestii barierek?
– Myślę, że każdy kto był na Woodstocku zdaje sobie sprawę, że tam barierki w razie jakiegokolwiek zamieszania nie mają prawa się do czegokolwiek przydać. To nie jest koncert na rynku we Wrocławiu, ale na otwartej przestrzeni, gdzie ludzie mogą się rozbiec we wszystkie strony. Jeździmy po świecie i tłumaczymy to.
Specyficzny woodstockowy klimat zwykle zachwyca wykonawców, wielu z nich chce na Przystanek wrócić. Z Prodigy się nie udało?
– Oni nie dali sobie szans, by poczuć tamten klimat. Skończyli grać, jeszcze na scenie rozebrali się do bielizny, założyli szlafroki, wsiedli w swoje ogromne limuzyny i na kogutach odjechali. Trzeba mieć głowę w lodówce, aby nie chcieć posmakować wiwatu publiczności. Koncert, mimo całego zamieszania wokół niego, bardzo się ludziom podobał, publiczność domagała się bisu, ale muzycy tego nie poczuli. To wyjątkowe zachowanie, bo z mojego doświadczenia wiem, że artyści są głodni kontaktu z publicznością. Jeśli nawet stwarzają pozory niedostępności, jest to zazwyczaj wina managementu, który tworzy te wszystkie idiotyzmy, buduje wokół muzyków mur. Ale gdy już się te przeszkody sforsuje, muzycy okazują się niezwykle ciepłymi i kontaktowymi ludźmi.
Podobnie jest z politykami, którzy chętnie uczestniczą w dyskusjach w Akademii Sztuk Przepięknych?
– Czynnych polityków nie zapraszamy to taka reguła. Były Premier Marek Belka, którego teraz traktować należy bardziej jako urzędnika państwowego, zgodził się do nas przyjechać, w rezultacie czego wyszła pasjonująca dyskusja. Pamiętam, że w pewnym momencie zwrócił się do mnie z pytaniem, czy my tu czasem specjalnie nie zwerbowaliśmy studentów uczelni wyższych, gdyż tak był zachwycony poziomem intelektualnym tych młodych ludzi. Zresztą, tak jest za każdym razem. Każdy uczestnik jest urzeczony atmosferą ASP i pytaniami, podobnie było przy okazji spotkania z Leszkiem Balcerowiczem, Tadeuszem Mazowieckim czy Markiem Kondratem.
A spotkanie, które najbardziej zapadło Ci w pamięć?
– Chyba z Prezydentem Lechem Wałęsą, który przyjechał do nas w dość trudnym dla siebie momencie, gdy toczyły się wokół jego osoby polityczne spory. Widać było, że jest napięty niczym struna. Strasznie zaskoczyło go przyjęcie, jakie mu urządzono. Ludzie okazywali mu szacunek, zadawali niesamowicie mądre pytania i nawet jeśli się nie zgadzali z jego odpowiedziami, to wszystko odbywało się w szalenie kulturalnej atmosferze, na poziomie nieosiągalnym w debacie politycznej. I gdy na koniec Lech Wałęsa wszedł na scenę ze Staszkiem Tymem, by się pożegnać, tłum zaczął skandować „Lechu! Lechu!”, niczym w czasach stanu wojennego. I wtedy facet nam odjechał, zaczął mdleć. Szybko wzięliśmy go na bok, a sytuację uratował właśnie Staszek Tym, który wziął mikrofon i poprosił, by zaśpiewano „Łubu Dubu”. Atmosfera była niesamowita.
Wiadomość pochodzi z serwisu wroclaw.ngo.pl









